Dlaczego spółdzielnie mieszkaniowe utrudniają swoim członkom dostęp do dokumentów i jakich sztuczek używają?
Prawo w Polsce mówi jasno: każdy członek spółdzielni ma pełne prawo do wglądu w jej dokumenty. Nie „warunkowo”, nie „za zgodą”, nie „w wyjątkowych sytuacjach” — lecz zawsze, gdy wyraża taką wolę. Mówi o tym art. 8¹ ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych.
A jednak w rzeczywistości to jedno z najczęściej łamanych praw obywatelskich na poziomie lokalnym. Dlaczego? Bo jawność to wróg małych układów. Spółdzielnie mieszkaniowe — szczególnie te niewielkie, jednopodwórkowe — dawno już przestały być demokratycznymi wspólnotami. Zbyt często przypominają miniaturowe majątki feudalne, w których kilku samozwańczych "panów" rozporządza wspólnym majątkiem, traktując dokumenty jak tajemne zwoje przechowywane w sejfie.
Jak w każdej zamkniętej strukturze, pierwszym instynktem władzy jest ukrywanie. Najbardziej typowy motyw? Strach przed ujawnieniem niekompetencji i nadużyć. W protokołach posiedzeń rady nadzorczej i zarządu można znaleźć decyzje podjęte z naruszeniem prawa, podpisy pod uchwałami, których nigdy nie głosowano, a w załącznikach – rachunki wystawione przez znajomych wykonawców. Czasem to tylko nieporządek, częściej – lekceważenie reguł.
Gdy członek spółdzielni ośmieli się zapytać, staje się natychmiast wichrzycielem lub pieniaczem działającym na szkodę wspólnoty. Tak działa psychologia władzy opartej na niejawności: kto pyta, ten zagraża. Do tego dochodzi cała bateria spółdzielczych sztuczek, wypracowanych przez dekady tzw. Polski Ludowej:
- zwlekanie z odpowiedzią pod pretekstem trwających konsultacji z prawnikiem,
- uniki w stylu "proszę przyjść później bo "prezes jest na urlopie"/'prezes ma chore dziecko" l„nie jest pan stroną sprawy, więc nie udostępnimy”
- żądanie pisemnego uzasadnienia celu wglądu (choć żadne prawo tego nie przewiduje),
- odmawianie wydania kopii dokumentów, oferując jedynie przejrzenie na miejscu pod nadzorem,
- stosowanie absurdalnych opłat za „czynność udostępnienia”,
- żądanie podpisu pod oświadczeniem, że spółdzielca zachowa informację tylko dla siebie,
- a nawet fałszywe powoływanie się na RODO w sytuacjach, gdzie żadne dane osobowe nie są zagrożone.
Bywa, że zarządy wprowadzają wręcz biurokratyczny teatr pozorów:
- powołują komisje do rozpatrzenia wniosków o wgląd,
- sporządzają protokoły z czynności udostępnienia, które nigdy się nie odbyły,
- wysyłają lakoniczne pisma o rzekomym braku podstaw prawnych.
Wszystko po to, by zniechęcić i zmęczyć pytającego. Liczą, że obywatel odpuści – i często mają rację.
Trzeba powiedzieć to jasno: odmowa wglądu do dokumentów to nie administracyjny incydent, lecz akt pogardy wobec członków spółdzielni. To dowód, że władze spółdzielni traktują ją jak prywatny folwark, a nie jak organizację zaufania społecznego. Bo kto ma czyste sumienie, nie boi się jawności.
W rzeczywistości większość członków nie domaga się niczego więcej niż prawa do wiedzy o tym, jak wydawane są ich pieniądze, jakie umowy podpisuje zarząd, kto podejmuje decyzje w ich imieniu. Tymczasem za biurkami spółdzielczych kacyków rodzi się mentalność drobnych autokratów, którzy wolą rządzić po cichu w ciemności niż otwarcie tłumaczyć się w świetle dnia.
To nie przypadek, że niektóre spółdzielnie przypominają skamieniałe twory z minionej epoki — relikty PRL-owskiej kultury urzędniczej, w której obywatel był petentem, a dokument – narzędziem szantażu i władzy. Wolny członek wspólnoty jest dla takich struktur czymś niepożądanym: zbyt dociekliwy, zbyt świadomy, zbyt odważny.
Jawność to nie łaska, lecz obowiązek. Prawo jest jednoznaczne: członek spółdzielni ma prawo żądać kopii dokumentów i robić z nimi, co zechce — analizować, publikować, cytować, a nawet przekazywać mediom. A każdy, kto mu to prawo ogranicza, działa wbrew ustawie, narażając się na odpowiedzialność cywilną i karną.
Nie ma świętych dokumentów, nie ma „wewnętrznych spraw” – wszystko, co dotyczy spółdzielni, jest dobrem wspólnym.
Dlatego każdy, kto żąda dostępu do dokumentów, nie jest wichrzycielem, lecz strażnikiem uczciwości wspólnoty.
A jeśli ktoś w zarządzie lub radzie nadzorczej czuje przed tym strach – to prawdopodobnie wie, że ma czego się bać.
Wkrótce zamieszczę praktyczny poradnik dla tych, którzy starają się dotrzeć do dokumentów swoich spółdzielni.